Opowiadania prosto z życia...

e-opowiadania.pl

Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

Pamiętam jak mając czternaście lat dowiedziałem się, że moja mama jest w ciąży. Oniemiałem, lecz przyjąłem tą wiadomość z niezwykłym entuzjazmem. Zawsze chciałem mieć rodzeństwo i cieszył mnie fakt, że będę miał brata ‒ późno, ale jak to się mówi lepiej późno niż w cale.
Emil kończy dziś piąte urodziny i z tej właśnie okazji, przyrządziłem mu małe przyjęcie urodzinowe. Z samego rana, kiedy nasi rodzice szykowali się do wyjścia do pracy, wyszedłem do sklepu, by kupić ulubione przez niego słodycze, takie jak: czekoladowe brownie z chrupiącymi orzeszkami, kilka czekoladowych jajek – niespodzianek, owocowe żelki w kształcie trzymających się za rękę misiów i dwie butelki czerwonej oranżady. Oczywiście nie zapomniałem również o prezencie, który zamówiłem już wcześniej przez internet. Nie było z tym żadnego problemu, gdyż doskonale zdawałem sobie sprawę, że Emil ucieszy się z dużych klocków lego z jego ulubionej serii, śmiesznego, wręcz karykaturalnego misia o głowie wielkości dyni, ubranego w zieloną bluzę z kapturem, w której wyglądał jeszcze bardziej zabawnie i zestaw puzzli o dokładnie stu dwudziestu czterech elementach.

– Ucieszy się, nie ma co! ‒ Myślę, kładąc na stół starannie zapakowany w niebieski papier prezent.
Mój młodszy brat uwielbia, kiedy nie ma rodziców i może spędzić ze mną ten wolny czas, poświęcając go na różne, czasem głupie zabawy, ale sprawiające ogromną radość dla tego wiecznie śmiejącego się pięciolatka. Właśnie dziś nadarzyła się taka okazja. Mamy przed sobą kilka dobrych godzin zabawy, do czasu aż nasi rodzice wrócą z pracy i urządzą mu drugie przyjęcie. Tak poza tym mówiąc, myślę, że z moim młodszym  bratem, zbliża nas to, że sam mając już dziewiętnaście lat, czuję się jak dziecko. Chyba zbyt wolno dorastam.
– Już!? ‒ Dobiega głos z pomieszczenia obok.
– Tak! ‒ Odpowiadam, odsuwając się od drewnianego, ciemnobrązowego stołu w naszym salonie.
Nie mija pięć sekund, jak otwierają się drzwi o równie ciemnym odcieniu, jak wszystkie nasze meble w tym pomieszczeniu.
– Wszystkiego najlepszego braciszku!
Widzę ten szczery uśmiech tego małego chłopca o jasnobrązowych, krótkich włoskach. Podbiega on do stołu i w swoich małych rączkach, rozdziera niebieskie, starannie przygotowane przeze mnie opakowanie, nad którym męczyłem się zresztą dobre pół godziny.
– Dzięki! Dzięki! ‒ Krzyczy ten żywy i niesamowicie rozradowany chłopiec w niebieskiej bluzie z kapturkiem.
Chwilę później Emil podbiega do mnie i przytula mnie mówiąc:
– Mój bracie.
Zawsze wzruszają mnie takie sytuacje, zatem odwzajemniam uścisk Emila, głaszczę go po głowie i odchodzę o krok, mówiąc:
‒ Zobacz co tam misiu dla ciebie ma. – Wskazuję palcem na niewielki, plastikowy stolik o niebieskim kolorze.
Emil podbiegł do zabawkowego mebelka, na którym siedział zabawnie wyglądający miś w otoczeniu wyłożonego na papierowy talerzyk ciasta, przeźroczystego dzbanka, wypełnionego czerwoną oranżadą i czterech jajek-niespodzianek, starannie ułożonych obok siebie.
– Może to niezbyt najzdrowsze śniadanie, ale co tam… urodziny ma się raz w roku. ‒ Śmieję się. – Zjemy trochę, a później…
– Złożymy lego! ‒ Wchodzi mi w zdanie mój młodszy braciszek.
– Dokładnie. Złożymy lego, włączę jakąś bajkę, będzie mega!
‒ A czy później pobawimy się w chowanego? – Pyta, zasiadając na niebieskim, plastikowym krzesełku.
‒ No jasne, że tak.
Mieszkamy w nieco starej, choć wciąż atrakcyjnie wyglądającej kamienicy w samym centrum miasta. Mieszkanie posiadające ponad dziewięćdziesiąt metrów kwadratowych, faktycznie może sprzyjać zabawie w chowanego. Duży salon o licznych zakamarkach między potężnymi, dębowymi meblami, trzy pozostałe pokoje, kuchnia, łazienka, podłużny korytarz, w której znajdowała się również garderoba ‒ było gdzie się ukryć.
Chwytam po jasnoniebieski, plastikowy kubek i nalewam mojemu solenizantowi oranżady. W tym właśnie momencie rozbrzmiewa się nieprzyjemny dla ucha, piskliwy dźwięk, po czym następuje huk, jakby jakiś sąsiad, zamieszkujący piętro wyżej, spadł z wysokiej drabiny. Jednak te skojarzenie nie mogło okazać się prawdą. Mieszkaliśmy na najwyższym piętrze. Na samym poddaszu. Nad naszymi głowami znajdował się tylko strych, do którego udawaliśmy się tylko w celu wyrzucania tam jakiś starych, nikomu niepotrzebnych gratów.  Zamilkliśmy. Emil spoglądał na mnie z pewnym niepokojem w oczach.
– Co to?
‒ Zaraz sprawdzimy. ‒ Postępuję kilka kroków po jasnych panelach podłogowych. – Oglądam się za siebie i widzę, że mój braciszek idzie za mną.
Wychodzimy przez drzwi oddzielające salon z podłużnym wąskim korytarzem o śnieżnobiałych ścianach. Przed moimi oczami widzę rozłożoną drewnianą drabinkę, przymocowaną do szarej klapy, przez którą przechodziliśmy zawsze w celu udania się na strych.
– Zasuwka się obluzowała. ‒ Stwierdzam, składając jasną drabinkę. – Jak się nie dokładnie zamknie klapę… to wtedy wejście samo się otworzy. ‒ Tłumaczę, chwytając po długi, srebrny pręt, położony w kącie korytarza.
Jednak mimo moich wyjaśnień, mój młodszy brat wciąż spoglądał się z wielkimi oczami ku górze. No cóż… większość dzieci boi się duchów.
Minęła godzina. Siedziałem wraz z Emilem na podłodze, układając zakupiony przeze mnie zestaw lego. Zadzwonił telefon.
‒ Może rodzice… odbiorę. ‒ Wzdycham, podnosząc się na proste nogi.
Mój brat wciąż z niezwykłym skupieniem próbował dopasowywać te łatwiejsze do złożenia elementy. Na wyświetlaczu telefonu komórkowego, nie pojawił się jednak numer mojej mamy, ani taty.
‒ Oktawia? Co ona może chcieć? ‒ Mamroczę pod nosem, po czym odbieram połączenie.